Z cyklu rozprawiania się z mitami dotyczącymi sprzedaży:
„Sprzedawcą może zostać każdy, kto ma gadane".
Mit, który wywodzi się zapewne z czasów, gdy sprzedawcy byli „Mirkami" lub radosnymi „krawaciarzami", a szkolenia sprzedażowe opierały się w 99% na języku korzyści.
Kwiecisty potok słów (swoją drogą „pyszne" sformułowanie — „kwiecisty potok"), jakim zalewał nas sprzedawca, miał w założeniu spowodować jedną lub wszystkie poniżej wymienione rzeczy:
- zdominować rozmówcę, co w konsekwencji pozwoliłoby na podjęcie decyzji;
- przenieść entuzjazm ze sprzedawcy na nabywcę;
- przymiotniki i porównania miały nas przekonać, że jedyny słuszny wybór (zakup) odmieni nasze życie na lepsze.
Najciekawsze są dwie rzeczy — to w dużej mierze działało i UWAGA! To w niektórych branżach wciąż działa. Coraz bardziej kulawo, ale jednak.
Teraz, gdy asymetria informacyjna została wyrównana (D.H. Pink), traci to na znaczeniu, a w przypadku niektórych procesów (wieloetapowych lub bardzo prostych) staje się wręcz groteskowe.
Jasne, wspaniale, gdy sprzedawca jest elokwentny. Gdy potrafi w ciekawy sposób opowiadać; gdy w tym procesie jest historia i jest ciekawie. Jednak jak mówi cytat przypisywany Zenonowi z Kition:
„Mamy dwoje uszu i jedne usta, abyśmy słuchali dwa razy tyle, co mówili".
Wiele się mówi o uważnym słuchaniu, o szukaniu wraz z klientem jego „bólu" i rozwiązania nań. Wszystko to prawda.
Dlatego, podsumowując, w sprzedaży 2.0 należałoby ukuć nowe powiedzonko, np. „w sprzedaży trzeba mieć słuchane" ;)
O jakim micie dotyczącym sprzedaży chcielibyście poczytać i podyskutować?
Komentarze
Masz przemyślenie albo pytanie? Śmiało.